Na zmianę siebie, swoich wartości, potrzebujemy dłuższego odcinka czasu

Na zmianę siebie, swoich wartości, potrzebujemy dłuższego odcinka czasu

Emilia Niedziałkowska, kętrzynianka. Ma 34 lata, dwie córeczki i pasję fotograficzną. 19 lipca w Powiatowym Domu Kultury „Czerwony Tulipan” w Kętrzynie poprowadzi bezpłatne, otwarte warsztaty fotograficzne dla dzieci i młodzieży. Z artystką rozmawia Marlena Szypulska.

 

– Nie za ciasno Pani w Kętrzynie?

– Za ciasno! Oczywiście! Jest to dobre miejsce na zresetowanie się od świata.

– Pani też się marzy takie wiejskie życie?

– Tak! Nawet wczoraj oglądałam wielką stodołę, ale okazała się za wielka.

– W Kętrzynie jest wielu dobrych fotografów…

– Cieszę się! W Kętrzynie często są robione wystawy i spotkania z fotografami. Bardzo podoba mi się idea, by środowiska znały się nawzajem, szanowały i wspierały. Musimy budować takie pokolenie. Na każdej płaszczyźnie. Piękna idea.

– Kobiecie jest łatwiej czy trudniej? Tak w ogóle?

– Chciałabym powiedzieć, że trudniej, ale to może być niesprawiedliwe. To zależy, jak ktoś sobie ułoży życie.

– A jak jest u Pani?

– Zmiennie! To jest ciężki temat. Jestem mamą dwóch dziewczynek. Jestem po rozwodzie. Rok przerwy z moim byłym mężem dał nam swobodę, by spróbować jeszcze raz. Zmieniło się wiele w nas, więc próbujemy od nowa stworzyć rodzinę. Oboje jesteśmy po wielu przejściach rodzinnych.

– Nie wstydzi się Pani o tym mówić.

– Każdy z nas ma jakieś „przeboje” w rodzinie.

 

– Jak poradziła sobie Pani z wychowywaniem dzieci?

– Zosia ma 8 lat, Marysia 6. Zosia w wieku 4 lat zachorowała na białaczkę. To był najgorszy moment w naszym życiu. Najwięcej też nas nauczył. Zupełnie inaczej patrzę na świat. Kiedy mi się nic nie chce i jestem w totalnym dołku, to wracam do momentu, kiedy usłyszałam diagnozę i myślę sobie: „Uff! Najgorsze mam za sobą i cieszmy się z tego, co mamy”. Choroba trwała niemal 3 lata i zakończyła się półtorej roku temu. To długi okres. Wystarczająco, by co chwila sobie resetować głowę i zmieniać swoje wartości. Jeśli w życiu zdarzy nam się jedna straszna rzecz, ale wiemy, że po miesiącu minie, to ona w nas nic nie zmienia. Na zmianę siebie, swoich wartości, potrzebujemy dłuższego odcinka czasu. Dzięki temu doceniam piękno przyrody. Trzy miesiące spędziliśmy w szpitalu na zmianę z tatą Zosi. I jak wreszcie wyjechałam i zobaczyłam kwitnące pola rzepakowe, to mi się płakać chciało. Drzewa tak pięknie kwitły… kiedy siedzisz w szpitalu non stop. Od chemii do chemii, od wyników do wyników, od złego samopoczucia do dobrego i ciągle żyjesz tylko tym. I kiedy stamtąd wyjdziesz i jadąc autem w ciszy dostrzegasz wszystko wokół siebie i zaczynasz naprawdę kochać życie! Cieszyć się nawet, jak jest źle. Po prostu dlatego, że to życie jest!

– Pamięta Pani jakieś szczególne momenty?

– Na salach onkologicznych są szyby. Dzieci mogą do siebie machać, rozmawiać ze sobą. Widzą siebie nawzajem. Chłopczyk leżący obok, w ciągu jednego tygodnia źle się poczuł i zmarł. My też mieliśmy bardzo złe momenty. Ktoś, kto nie przechodził chemioterapii nie pojmie tego. Czyjegoś cierpienia nie da się opowiedzieć, póki się tego nie przeżyje. Wracałam do domu. Wiedziałam, że to dziecko już nie żyje. I te pola rzepakowe były przede mną… Myślę sobie: „Jeju… czas to w końcu doceniać…, czas cieszyć się dzisiaj …”. To był taki krótki moment! Wszystko było dobrze, a za tydzień już go nie było … Bardzo często wracam do tej myśli stamtąd i prostuję się sama.

– Jest jakiś przepis, żeby poradzić sobie z cierpieniem dziecka?

– Czas. Mnie pomogła też modlitwa. Śmieję się, że ateiści mają problem. Jeśli ktoś wierzy, warto to cierpienie oddać i poprosić o pomoc. Bardzo pomogła mi też mama. Jej proste słowa: „Jak dzisiaj się masz? Pamiętaj pomódl się”. Budziłam się w nocy i prosiłam o wsparcie i pomoc. W dzień się nie płacze. W dzień jest się przy dziecku. To jest też bardzo szybki reset na znajomych. Wielu z nich nie potrafi się odnaleźć, ale samo pytanie, „czy mogę ci jakoś pomóc…” Świadomość, że ktoś jest, że jest wsparcie.

– W tym wszystkim w jakiś sposób była także fotografia. Jakie miała znaczenie?

–  Fotografia w moim życiu była od 14 roku życia. Tata mojej przyjaciółki robił w domu dużo zdjęć, potem była sesja w zamku, gdzie był Foto MX (przyp. aut.: kętrzyńskie stowarzyszenie fotograficzne prowadzone przez uznanego, kętrzyńskiego fotografa Lucjana Mikulskiego, działające po dziś dzień). Poszłyśmy tam. Sami faceci. Pożyczali nam sprzęt, dzielili się wiedzą. Nie miałam swojego aparatu. Zbliżała się moja 18-tka. Nie chciałam żadnej imprezy. Zamiast tego był obiad dla najbliższych i moja prośba, by rodzina dołożyła się do mojego aparatu. Wtedy za tysiąc złotych kupiłam sobie aparat. Pomógł mi Artur Frankowski, pojechaliśmy do Warszawy na targi całą ekipą. Miałam go cztery lata. Potem zmieniłam go na cyfrówkę. Potem poszłam na studia. Wyjechałam do Stanów Zjednoczonych w czasie nauki i zarobione pieniądze przeznaczyłam na naukę i aparat.

– Jakaś zabawna sytuacja?

– Po 10 latach odwiedziłam koleżankę ze studiów. Wchodzę i patrzę „Jakie ładne zdjęcie!”, a ona mówi „Przecież ty mi je robiłaś!”. Sama się złapałam na tym, że ten kadr jest taki nietypowy. Dzisiaj ludzie robią taki delikatny błąd, że zdjęcie robią z daleka, chociaż mają możliwość zrobienia dwóch kroków do przodu.

– Trzeba w sobie mieć coś wyjątkowego, by robić zdjęcia? Talent, siódmy zmysł?

– Jeśli ktoś lubi to robić, to może to wypracować. To ciężka praca i dużo nauki. Trzeba umieć patrzeć. Można się nauczyć robić poprawne zdjęcia, artystyczne… trzeba mieć coś w zanadrzu.

– A taki Andrzej Frankowski, w którą stronę idzie?

– On miał dwie drogi. Pracował z kobietami. On ma coś, czego nie można się jednak nauczyć. Ma zmysł. Staje i widzi. Chodzi o światło, cień, szczegół. Obaj z bratem Arturem są wrażliwcami na artyzm, na sztukę. Obaj są jednak zupełnie inni.

– A Przemek Koch?

– To jest mój ideał fotograficzny, mój wzór. Jego zdjęcia są perfekcyjne pod każdym względem. Przemyślane, doskonale obrobione, często są składane z różnych zdjęć, czego absolutnie nie widać. Robi niezwykle skomplikowane rzeczy w Photoshopie. Robi rzeczy na najwyższym światowym poziomie. Cenię też Polkę Ewę Ćwikłę, teraz mieszka w Belgii. Prowokuje swoimi zdjęciami, zmusza do zastanowienia. Często oglądam zdjęcia z czasów baroku, renesansu. Jest tam wielopłaszczyznowość, którą stosuję. Paulinę Duczman mieszkającą w Anglii, zrobiła światową karierę w fotografii.

– Różni ludzie zamawiają u Pani sesje. Jakaś trudna sytuacja?

– Osoby przyszły na sesje skłócone ze sobą. Zdjęcia mają oddawać dobre wspomnienia. Potem nie będą chcieli oglądać takich zdjęć. Wiedziałam, że muszę zmienić tą sytuację, by mieli poczucie, że się śmiali i dobrze bawili.

– Czyli nie tylko fotografka, ale też psycholożka.

– Przede wszystkim psycholożka. Wcześniej uczyłam się na temat techniki fotografii, teraz inwestuję w swój rozwój osobisty. Jak pracować z ludźmi, dziećmi, co do nich mówić. Nigdy nie myślałam, że tata jest taki ważny na sesji. Zawsze myślałam, że dziecko jest w centrum. Ono jest pępkiem świata, ale najważniejszy jest komfort rodziców. Dla dziecka wystarczy, że rodzice są obok. Rodzice potrzebują się zrelaksować. Mężczyźni nie lubią sesji, bo myślą, że to jest pozowanie. A to jest spacer, czas na pobycie razem.

– W lipcu w Powiatowym Domu Kultury „Czerwony Tulipan” odbędą się warsztaty fotograficzne z Emilią Niedziałkowską.

– Chcę przekazywać wiedzę i zamiast warsztatów indywidualnych, które często prowadzę indywidualnie. Tak, jak dla mnie tłumaczyli chłopaki z Foto MX, chcę się dzielić tym, co wiem. Rozłożymy fotografię na czynniki pierwsze, pójdziemy w plener.

Ostrość na grzejnik?

– Z koleżanką robiłyśmy sobie zdjęcia i trochę wystawał grzejnik z boku. I do dziś pamiętam, jak przyszedł Artur Frankowski, patrzy i mówi: „Nooo, fajne macie zdjęcia, tylko ostrość macie na grzejniku”. W ogóle nie wiedziałyśmy, o co chodzi z tą ostrością. Po wyjściu z ciemni było to widać. Mając wywołane zdjęcie w ręku łatwiej było to dostrzec i dopiero zrozumiałyśmy, że grzejnik był wyraźny, a my nieco mniej. Wtedy nie było tak, że pstrykniesz i widzisz. Do dziś obie z moją przyjaciółką (Aneta Stefanowicz) śmiejemy się z tego.

– Dziękuję za rozmowę.

 

 

Warsztaty Fotograficzne z Emilią Niedziałkowską

Powiatowy Dom Kultury „Czerwony Tulipan” w Kętrzynie, 19 lipca 2019 r., godz. 10.00 – 18.00. Zapraszamy dzieci i młodzież w wieku 12 – 20 lat. Ilość miejsc ograniczona. Zgłoszenia (do 17 lipca): emilianiedzialkowskafotografia@gmail.com lub telefonicznie: 504 444 274.

W programie

Wywiad: „Moja droga do fotografii…”. Dostrzeganie  i wykorzystanie potencjału przyrody i  ludzi. Stwórz obraz przyciągający uwagę. Sprzęt fotograficzny. Zajęcia praktyczne: plener kobiecy. Wykorzystanie światła, emocji i krajobrazu. Edycja zdjęć: od podstawowej obróbki portretu do zaawansowanej zabawy z kolorami. Sprzęt fotograficzny: Prosimy uczestników o zabranie swoich aparatów fotograficznych. Zapraszamy na warsztaty również bez aparatu fotograficznego. Z telefonem także można uczyć się fotografii!

 

Podobne artykuły
6Komentarz
    • Babazmazur
    • Dodano 18 lipca 2019

    Ble ble ble ” Pracował z kobietami „

    Odpowiedz
    • maria
    • Dodano 18 lipca 2019

    Święte słowa 🙂 Pozdrawiam Panią Emilię!

    Odpowiedz
    • normalnej pracy się boi
    • Dodano 18 lipca 2019

    to tak wymyślają tylko to co robi akurat nikomu niepotrzebne

    Odpowiedz
    • Ja stad
    • Dodano 18 lipca 2019

    ……połtorej roku czy połtora roku ….?

    Odpowiedz
    • Michał
    • Dodano 30 lipca 2019

    Od razu widać, że mądra kobieta, a nie jakaś durna lewaczka. Najważniejsze po wszystkim się podnieść i… docenić co się ma. Chociaż czasem się o tym zapomina. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    • Durnie trawę koszą
    • Dodano 1 sierpnia 2019

    Nie ma już porannej rosy i świeżego powierza , czuc tylko spaliny i smog z ich samochodów , czuby to koszenie wymyśleli ,czuba ma każdy tylko inaczej

    Odpowiedz
Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *