Mord na jeleniach, czyli gdzie są ekolodzy?

Mord na jeleniach, czyli gdzie są ekolodzy?

2 lutego na jeziorze Ińsko, w powiecie stargardzkim, doszło do tragicznego zdarzenia. Przepłoszona wybuchem petard chmara jeleni wbiegła na zamarznięte jezioro. Lód załamał się i zwierzęta wpadły do zimnej wody. Przypadkowy świadek zdarzenia niezwłocznie powiadomił policję i straż pożarną. Dzięki temu udało się uratować trzynaście zwierząt.

W akcję wyciągania zwierząt zaangażowanych było w sumie około 50 osób. Byli to przede wszystkim strażacy, policjanci, pracownicy nadleśnictwa i myśliwi, którzy linami zarzucanymi na poroża wyciągali jelenie i wyprowadzali je w bezpieczne miejsce. Niestety, dziewiętnaście jeleni utonęło. W razie zagrożenia jelenie zbijają się w zwartą chmarę więc bandyci liczyli na to że spłoszone zwierzęta uciekając z zagrożonego terenu będą uderzając wzajemnie we własne poroża i w drzewa będą gubiły tyki. Wystarczyłby je tylko pozbierać i sprzedać. Za kilogram poroża można dostać 100 – 120 zł.  Kłusownicy liczyli na duży zysk, który na tanie wino starczyłby do wiosny. Pijackiego bełkotu na temat „łowieckich wyczynów” tych zwyrodnialców nie byłoby końca.

Penetracja lasów w poszukiwaniu poroży od kilku lat są bardzo modne. Czasami mam wrażenie, że trwa zimowe grzybobranie, tylu amatorów łatwego zysku przemierza leśne dukty nie zwracając uwagi jak stresują, niepokoją i wypłaszają zwierzęta na otwarte przestrzenie. W poszukiwaniu bezpiecznego schronienia wybiegają one na drogi lub tereny zamieszkałe przez ludzi, narażając siebie i nas na wielkie niebezpieczeństwo. Często wpadają w zapadliska terenowe, z których nie mogą się same wydostać lub toną w jeziorze, jak te na Ińsku. Nasuwa się w tym momencie pytanie: Gzie są ekolodzy? Dlaczego nie protestują przeciwko zbieraczom poroży? Dlaczego nie uniemożliwiają rajdów quadami i terenowymi samochodami po leśnych drogach. Dlaczego nie wspominają słowem o fali grzybiarzy zaśmiecających lasy, niszczących młodniki i płoszących zwierzynę. Potrafią za to gromko krytykować członków Polskiego Związku Łowieckiego, wykonujących swoje statutowe działania, blokować polowania, które są jednym z elementów planowej gospodarki łowieckiej. Nie widzą, a raczej nie chcą widzieć, zaangażowania myśliwych w utrzymanie bioróżnorodności naszych lasów, ratowania ginących gatunków zwierzyny lub w oswobadzania dzikich zwierząt z pułapek w jakie wpadły i zapewne bez pomocy człowieka nie potrafiłyby się z nich wydostać.

Niejednokrotnie uczestniczyłem w uwalnianiu zwierząt niepotrafiących wydostać się z ogrodzonych wysokim płotem szkółek leśnych. Znam niezliczoną liczbę przypadków oswobadzania przez myśliwych zwierząt uwięzionych w kłusowniczych wnykach. Kilka lat temu wraz z kolegą z koła łowieckiego „Słonka”, ponad dwie godziny męczyliśmy się próbując pomóc młodemu łoszakowi wydostać się z pułapki. Wszedł on do jeziora Doba, zaplątał się w żyłki i pozostałości starych sieci pozostawionych w wodzie przez kłusowników (takiego „szajsu” zawodowi rybacy nie używają, a na pewno wyeksploatowanych sieci nie pozostawiają w jeziorze!). Klępa cały czas pilnowała swojego dziecka i początkowo nie dopuszczała nas do niego. Dopiero po pewnym czasie, gdy przywykła do naszej obecności, a instynkt podpowiedział jej, że nie chcemy jej potomkowi zrobić krzywdy, pozwoliła nam się do niego zbliżyć. Po kilkudziesięciu minutach brodzenia po szyję w wodzie, udało nam się poprzecinać żyłki i sieci. Wyczerpany, ale zapewne szczęśliwy łoszak wraz z matką oddalił się w leśne ostępy. Ja z kolegą, zmęczeni i mokrzy, ale z poczuciem wielkiej satysfakcji z uratowania zwierzęcia od niechybnej śmierci, wróciliśmy do połowu ryb.

Zachłanność, chciwość i głupota doprowadziła do śmierci jeleni w Ińsku. Ludzie, którzy do tego doprowadzili, bezwzględnie muszą być pociągnięci do odpowiedzialności karnej. Takiego barbarzyństwa nie można w żadnym względzie tolerować i przejść obok niego obojętnie. Osobiście obawiam się, że sprawa zostanie zignorowana i barbarzyński proceder zbieractwa poroży, prowadzony z użyciem psów i petard, prowadzony kosztem spokoju a często życia zwierzyny dziko żyjącej, będzie trwał bez żadnych ograniczeń…

Fot. Marek Stefaniak

Podobne artykuły
3  
    • Zbyszek
    • Dodano 11 lutego 2021

    Gdzie byly służby leśne,policyjne,wojskowe,okoliczni mieszkańcy oraz terytorialiści bo jak czytałem ten zwyczaj praktykowany był zdawien zdawna.Wybuchy petard,nagonka przy uzyciu psów oraz uzywanie do tego pojazdów terenowych-kładów aby zapędzić zwierzynę w tak zwany
    „kozi róg”.Przecież my mieszkańcy Kętrzyna nie od dziś wiemy jak strasznie niesie się huk od wybuchów petard od Strazy Granicznej i co nikt nie slyszał a tymbardziej jak las musiał aż huczeć
    od wybuchow.

    Odpowiedz
    • Kliner
    • Dodano 11 lutego 2021

    Zbyszku kieliszku, straż graniczna ćwiczy na swoim terenie. Nie płoszy zwierzyny specjalnie. Ma zaprzestać ćwiczeń pirotechnicznych?
    Ogarnij się.

    Odpowiedz
      • Zbyszek
      • Dodano 11 lutego 2021

      Dobrze,dobrze niech strzela oby jak najgłośniej i aby bylo dużo,dużo dymu.
      PS A tak na poważnie podejrzewam w tym jeszcze to,że ludzie nie są głusi i nie wykupią tam okolicznych terenów.Bo nikt będąc na swoim nie życzyłby sobie takiego GŁOŚNEGO
      sąsiada.

      Odpowiedz
Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *